Kwiecień miną pod znakiem chorób, ale także oswajania, okiełznania lęków...
Jak zwykle nie wiem od czego zacząć. W jedną niedzielę wróciłam z rodzimego Poznania, gdzie poznałam podziwianą od dawna Agnieszkę Jackowiak i uczestniczyłam w warsztatach w jej klimatycznej pracowni „Sztuka Puka”. A już w następną niedzielę komunia mojej Marysi. W między czasie przeszliśmy grypę żołądkowa razy ilość dzieci, czyli cztery.
Wracając jednak do warsztatów, muszę przyznać, że była to dla mnie wielka przygoda, ostatni raz w taką samotną podróż wybrałam się chyba 2 lata temu. Jest w tym coś niezwykłego. Sprawiła mi przyjemność rezerwacja biletów, podróż pociągiem (nadrobiłam zaległości w czytaniu), spacer z plecakiem z mapą w rękach … ach, a po drodze szłam przez park, gdzie jakieś dwa tygodnie wcześniej niż w Gdańsku kwitną magnolie.
Te magnolie z resztą zainspirowały mnie filcowo i tak powstał szal na jedwabiu. Najbardziej jednak jestem zadowolona z torebki, która posiada aż 4 przegródki, co było wcale nie łatwą logistyczną dla mnie zagwostką. Na klapkę jednak nie starczyło mi już sił. Filcowanie, brzmi jak niewinne rękodzieło, ja jednak obstawałabym przy nazwie rzemiosło, przy dużych formach naprawdę przydaje się krzepa.
Zdrowie niestety mi nie dopisało, trawiła mnie gorączka, z powodu rozłąki z najmłodszym synkiem, który na ten czas karmiony był przez tatusia sztucznym mleczkiem.
Nie mogę więc powiedzieć, że odpoczęłam, ale z pewnością zdobyłam nowe doświadczenia i umiejętności. Agnieszka , której aktywności podziwiałam od dawna, jest nietuzinkową osobą. Na jej warsztatach, można naprawdę dużo się nauczyć, nawet jeśli nie jedną filcową pracę ma się już za sobą. Poza tym, myślę, że ta z pozoru delikatna kobitka może być inspiracją dla każdego, kto chciałby spełniać swoje marzenia, czyli na przykład dla mnie.
Po warsztatach, polecam wszystkim naprawdę pyszną pizzę, nieopodal pracowni. Z Anią, uczestniczką warsztatów, wykonałyśmy powtórkę jeszcze w ostatni dzień.
Przyjemnie było także mieszkać u dobrej Marysi, która studiuje, jeździ starym holendrem, na parapecie hoduje bazylię a w ogromnych oknach zawieszone ma zdjęcia przyjaciół i tuzin ręcznie robionych kolczyków. W wolnych chwilach…. prowadzi warsztaciki filcowania na sucho, dla małych poznanianek, spełniając w ten sposób swoje dawne marzenie.
Dobra Maryś, smarowała mnie maseczkami, robiła śniadania z cudowną przyprawą zatar w roli głównej. Było to dla mnie odkrycie kulinarne, na dobre będzie mi się kojarzyło z tym czasem. Zatar jest mieszanką tymianku, sumaku i ziarna sezamowego a z serkiem twarogowym i pomidorem smakuje po prostu wybornie. O zupie prowansalskiej już nie wspomnę, bo to w końcu nie blog kulinarny. Dziękuję Marysiu za cały ten cudowny czas!
Jeśli chodzi natomiast o aktywności „Filcowego Namiotu” to coraz bardziej odważnie sięgam po własne marzenia.
Często bywało tak, że rezygnowałam z działania, z obawy, że może się nie udać a wtedy… wyjdę na osła… Przeczytałam jednak w pewnej Książce, co powiedział kiedyś jeden Św.Jean Vianney. Otóż, podobno podczas egzaminów zdenerwowany profesor wykrzykną: ”Mój Boże, cóż taki osioł robi w duszpasterstwie?!”
Na co Jean odparł „Jeśli Samson oślą szczęką potrafił rozgromić tysiące Filistynów, cóż dopiero Bóg może zrobić, gdy ma do dyspozycji całego osła!”…